Energetyka w coraz większym stopniu oparta na danych. Firmy nie umieją ich wykorzystać

Postępująca cyfryzacja energetyki umożliwia monitorowanie sieci energetycznych i zużycia energii oraz zarządzanie tym obszarem. Choć dostępne są narzędzia, które automatyzują ten obszar, firmy rzadko z nich korzystają. Co więcej, nie zbierają i nie śledzą danych na temat zużycia energii i jej potencjalnego marnotrawstwa, a to może prowadzić do strat w postaci nie tylko nadpłat za energię, lecz także utraconych korzyści strategicznych. 

– Jako partner software’owy i dostawca usług cyfrowych widzimy pewien trend, który nazywamy inteligentną elektryfikacją. To jest potrzeba zastosowania produktów i rozwiązań cyfrowych, które usprawnią efektywność energetyczną systemu elektroenergetycznego. Krajobraz energetyczny się zmienia i dostrzegamy u naszych klientów potrzebę budowania nowych modeli biznesowych. Rozmawiamy z nimi i widzimy próbę dostosowania się do nowych zjawisk, jakie w sieci panują – mówi agencji Newseria Przemysław Liman, CEE & Baltics Sales Head for Digital Grid, Schneider Electric.

Raport Schneider Electric „Ślepa strefa transformacji. Jak (nie)przygotowane są polskie przedsiębiorstwa do nowej rzeczywistości energetycznej?” wskazuje, że łącznie 48 proc. polskich firm funkcjonuje bez świadomego nadzoru nad zużyciem energii. Z tego 23 proc. firm w ogóle nie śledzi swoich profili zużycia energii, a 25 proc. nie posiada żadnego systemu monitorowania energii. 22 proc. badanych nie wie natomiast, jakie ma systemy.

– Żeby dokonać digitalizacji, przede wszystkim musimy wiedzieć, czego właściwie potrzebujemy. Czyli zaczyna się od tak zwanego audytu świadomości. Musimy być świadomi, jakie kroki chcemy podjąć i jaki jest cel naszego procesu. Pierwszy poważny problem, który napotyka każdy zakład produkcyjny, to jest cyfrowa wieża Babel. Oznacza to tyle, że w zakładzie produkcyjnym mamy bardzo dużo różnych systemów, na przykład dotyczących technologii operacyjnej (OT) czy IT, które działają odizolowane od siebie – podkreśla Tomasz Sierpiński, Industrial EUs, SIs & OEMs Sales Director, Schneider Electric. – Żeby dokonać pierwszego kroku w digitalizacji, należy zsynchronizować dane i zrobić pewien standard. Każdy, kto zaczyna ten proces, napotyka na początku problem związany z niekompatybilnością danych.

Wśród firm posiadających jakiekolwiek systemy monitoringu dominują podstawowe liczniki i smart metery (20 proc.). Zaawansowane rozwiązania – takie jak systemy EMS, BMS, SCADA, IoT – wdrożyło jedynie 13–16 proc. przedsiębiorstw, a jedynie 9 proc. – monitoring w czasie rzeczywistym.

– 35 proc. firm jest na etapie zupełnie podstawowym, czyli w kontekście efektywności energetycznej ani nie mierzą, ani nie zarządzają energią. Prawie 40 proc. jest w formie pośredniej, czyli coś mierzą, ale jeszcze nie optymalizują zużycia, a zaledwie 20 proc. firm można nazwać liderami w obszarze zarządzania i efektywności energetycznej, bo zarówno mierzą, jak i optymalizują i zarządzają zużyciem energii. Niestety prawie 40 proc. naszych klientów, czy w ogóle uczestników rynku elektroenergetycznego, to są firmy bardzo pasywne, nazywają się tylko konsumentami energii elektrycznej – mówi Przemysław Liman.

Łącznie 73 proc. firm albo nie ma systemów energetycznych, które można by zintegrować z systemami operacyjnymi, albo posiada systemy działające w izolacji. Pełną integrację osiągnęło zaledwie 8,6 proc. badanych organizacji. W efekcie zarządzanie energią pozostaje peryferyjną aktywnością biznesową firmy – niewidoczną dla systemów operacyjnych i wyłączoną z procesów decyzyjnych.

To oznacza dla przedsiębiorstw realne straty – bezpośrednie i strategiczne. W tej pierwszej grupie są m.in. nadpłaty za energię, jej marnotrawstwo (w postaci m.in. urządzeń o nadmiernym poborze), utracone oszczędności, a nawet potencjalne kary. 43 proc. ankietowanych firm deklaruje, że nigdy nie śledzi zmian w polskim sektorze energetycznym lub robi to rzadko, tymczasem dyrektywa NIS2 wymaga strategii cyberbezpieczeństwa OT, CSRD rozszerza obowiązki raportowania ESG, a obowiązkowe audyty energetyczne obejmują coraz więcej przedsiębiorców. Wśród zagrożeń strategicznych eksperci wskazują fakt, że firmy, które nie zarządzają energią, mają wyższe koszty operacyjne.

– Przykładowo w energetyce zawodowej systemy klasy ADMS wspomagają zarządy spółek dystrybucyjnych w realizacji współczynników jakościowych KPI, chociażby w efekcie poprawy współczynników niezawodności SAIDI i SAIFI (dotyczących częstości przerw i długości przerw w dostawach energii elektrycznej). To jest wymierny efekt stosowania rozwiązań cyfrowych. Za tym idzie oczywiście bezpieczeństwo ekip terenowych, minimalizacja strat w systemie elektroenergetycznym – mówi Przemysław Liman. – Cyfryzacja w rozdziale energii to również tak zwane IoT, czyli internet rzeczy. To pobieranie informacji z czujników środowiskowych, takich jak np. rozdzielnice RM AirSeT czy SM AirSeT, dotyczących warunków środowiskowych, temperatury, prądów, jakości gazów czy wilgotności. 

Problem w tym, że firmy nie dostrzegają jeszcze korzyści z gromadzonych danych i nie umieją ich wykorzystać w praktyce operacyjnej.

– Zakłady produkcyjne obecnie analizują bardzo wiele danych, większość z nich można potraktować jako szum informacyjny, ale kluczowa jest tutaj kontekstualizacja – mówi Tomasz Sierpiński. – Weźmy na przykład silnik w zakładzie produkcyjnym, który zużywa 50 kW energii. Jeżeli ustawimy to w kontekście i powiemy, że 50 kW energii potrzebne jest na wyprodukowanie 10 tys. produktów i nasza marża w związku z tym jest dodatnia, to ta informacja staje się bardzo ważna. Co więcej, dla jednych osób w zakładzie pewna dana będzie szumem, a dla innych będzie niezbędną informacją do prowadzenia biznesu. Musimy wziąć pod uwagę to, że dane w zakładzie produkcyjnym muszą trafiać do właściwych osób na właściwych stanowiskach.

O znaczeniu danych dużo się mówi w kontekście rozwoju narzędzi sztucznej inteligencji, które są już szeroko stosowane w zakładach produkcyjnych, m.in. w systemach utrzymania ruchu i modelach predykcyjnych.

– Jesteśmy w tym momencie w stanie przewidywać usterki w zakładach produkcyjnych, zanim się one zdarzą. Po co mamy to robić? Właśnie po to, żeby wybrać najlepszą porę na naprawę maszyny. Nie opłaca nam się jej naprawiać wtedy, gdy pracuje i przynosi nam korzyść, możemy poczekać do weekendu i w ten sposób ograniczyć straty – wskazuje ekspert Schneider Electric. – AI będzie się stawało coraz mocniejsze, więc potrzebujemy bardziej wiarygodnych danych, z wiarygodnych źródeł. Dla nas wiarygodne źródła to są systemy zarządzania energią elektryczną typu EMS czy systemy SCADA zarządzające produkcją. Na podstawie tych danych jesteśmy w stanie zbudować tzw. cyfrowe bliźniaki, które odzwierciedlają pracę fabryki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/energetyka-w-coraz,p772639872

Optymalizacja zdjęć produktowych dla e-commerce

0

Kiedy prowadzisz sklep internetowy, jakość i optymalizacja zdjęć produktowych mogą decydować o sukcesie Twojego biznesu. Zrozumienie, jak wpływają na pozycjonowanie w wyszukiwarkach, jest kluczowe dla zwiększenia widoczności i konwersji. W tym artykule przedstawiamy, jak zoptymalizować zdjęcia, aby osiągnąć lepsze wyniki w e-commerce.

Dlaczego optymalizacja zdjęć jest ważna?

Optymalizacja zdjęć wpływa na szybkość ładowania strony, co jest jednym z kluczowych czynników rankingowych w wyszukiwarkach. Według wytycznych Google, szybkość ładowania strony jest istotnym elementem wpływającym na SEO. Wolno ładujące się strony mogą zniechęcić użytkowników i obniżyć pozycję strony w wynikach wyszukiwania.

Jakie formaty zdjęć są najlepsze?

Najlepsze formaty zdjęć dla e-commerce to JPEG i PNG. JPEG zapewnia dobry balans pomiędzy jakością a rozmiarem pliku, co jest kluczowe dla szybkiego ładowania. PNG jest idealny dla zdjęć wymagających przezroczystości, np. logotypy. Należy unikać ciężkich formatów, takich jak TIFF, które mogą spowolnić działanie strony.

Jak dodać opisy alternatywne i tagi?

Opisy alternatywne, czyli atrybuty alt, są niezbędne dla SEO. Google nie może 'widzieć’ zdjęć, ale może 'czytać’ tekst, który je opisuje. Atrybuty alt to tekstowy opis obrazu, który pomaga wyszukiwarkom zrozumieć, co przedstawia zdjęcie. Dobrze napisany alt poprawia dostępność strony i wspiera pozycjonowanie.

Co jeszcze można zrobić dla lepszego pozycjonowania?

Warto skorzystać z profesjonalnych usług SEO, które pomogą zoptymalizować stronę pod kątem wyszukiwarek. Firmy takie jak Visomedia oferują kompleksowe podejście do pozycjonowania, co może obejmować optymalizację zdjęć, tworzenie treści czy budowanie linków. Dzięki temu Twoja strona stanie się bardziej widoczna i osiągnie lepsze wyniki w wyszukiwarkach.

Wprowadzenie powyższych zmian może znacznie poprawić wyniki Twojego sklepu internetowego. Optymalizacja zdjęć to nie tylko kwestia estetyki, ale także strategia zwiększania wydajności strony i zadowolenia klientów. Pamiętaj, że nawet najmniejsze detale, takie jak format pliku czy opis alt, mogą wpłynąć na ogólne wrażenie i skuteczność Twojego e-commerce.

Najczestsze pytania

Czy zmiana formatu zdjęcia wpływa na jego jakość?

Zamiana formatu zdjęcia z TIFF na JPEG lub PNG może wpływać na jakość, ale oferuje lepszy balans między jakością a rozmiarem pliku. Ważne jest, aby dokonać kompresji bez znacznej utraty jakości, co jest możliwe przy odpowiednich ustawieniach.

Jak często należy aktualizować zdjęcia produktowe?

Aktualizacja zdjęć produktowych powinna następować przy każdej zmianie produktu lub jego cech. Regularne odświeżanie treści wizualnych może również pomóc w utrzymaniu świeżości strony i przyciągnięciu uwagi klientów.

Dlaczego atrybuty alt są ważne dla SEO?

Atrybuty alt są ważne, ponieważ pomagają wyszukiwarkom zrozumieć zawartość obrazów. Umożliwiają także dostępność strony dla osób korzystających z czytników ekranowych, co jest istotne z punktu widzenia dostępności i użyteczności.

Spółki Skarbu Państwa czekają wielomiliardowe inwestycje. Rząd chce zwiększać w nich udział krajowych podmiotów

Tylko w sektorze energetycznym spółki z udziałem Skarbu Państwa planują program inwestycyjny o wartości ok. 800 mld zł w kolejnej dekadzie. Wielomiliardowe projekty czekają również branżę infrastrukturalną i zbrojeniową. Rząd zapowiada, że chce w nich zwiększać local content, czyli udział komponentu krajowego. Pomocny dla spółek Skarbu Państwa ma być w tym Kodeks dobrych praktyk.

– Local content to priorytet nie tylko Ministerstwa Aktywów Państwowych, ale priorytet rządu premiera Donalda Tuska. Podejmujemy intensywne działania, żeby ten priorytet został w odpowiedni sposób przygotowany, a następnie wdrożony – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Eliza Zeidler, sekretarz stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych.

Jak podkreślał wielokrotnie Wojciech Balczun, minister aktywów państwowych, najbliższa dekada będzie okresem wielu megainwestycji, co stwarza ogromny potencjał kontraktowy dla krajowych firm. MAP zapowiada, że chce stworzyć im warunki, by mogły się one stać beneficjentami tych projektów. Takim narzędziem ma być projekt „Local Content. Z korzyścią dla Polski”, który został oficjalnie uruchomiony w kwietniu br. Ogólnym jego celem jest polonizowanie łańcuchów dostaw, rozumiane jako zwiększenie udziału krajowych przedsiębiorstw w projektach inwestycyjnych.

– Zespół powołany przez ministra aktywów państwowych przygotował Kodeks dobrych praktyk w zakresie udziału komponentu krajowego w strategicznych inwestycjach realizowanych przez spółki Skarbu Państwa, który – jak zakładamy – w najbliższych dniach stanie się formalnym dokumentem poprzez podpis pana premiera – podkreśla Eliza Zeidler podczas Polskiego Kongresu Gospodarczego.

Kodeks zawiera szereg rekomendacji co do sposobu ogłaszania i organizowania zamówień, ograniczania barier formalnych czy oceny ofert. Mają one pomóc wyrównywać szanse krajowych firm w konkurowaniu o zamówienia.

– Należy po prostu więcej czasu poświęcić na przygotowanie nie tylko warunków udziału w danym postępowaniu przetargowym, ale również kryteriów oceny ofert, żeby ta oferta nie była jedynie najtańsza, ale też najkorzystniejsza – mówi sekretarz stanu w MAP.

W kodeksie wskazano kryteria służące do określania poziomu krajowości poszczególnych podmiotów, z którymi będą chciały współpracować spółki z udziałem Skarbu Państwa. Przypisano im także wagi procentowe. Przykładowo kryterium dotyczące jednostki dominującej najwyższego szczebla mającej siedzibę w Polsce waży 25 proc., podobnie jak kryterium głównego przedmiotu działalności wykonywanego na terytorium Polski. Po 15 proc. ważą kryterium rezydencji podatkowej w Polsce i zatrudniania ponad połowy pracowników będących obywatelami RP lub mieszkańcami Polski płacącymi w Polsce podatki i składki ZUS. Te kryteria – jak wskazuje resort – mają wspierać polskie firmy, ale też biznesy międzynarodowe, które zdecydują się głębiej osadzić w naszym kraju.

– Ten kodeks to drogowskaz. On będzie uzupełniany, m.in. przez szczegółowe wytyczne ministra aktywów państwowych, jak należy ten local content stosować i jak należy go liczyć – wyjaśnia Eliza Zeidler. – Przede wszystkim chodzi nam o zmianę sposobu myślenia, czyli poszukiwanie w kraju usług, produktów, elementów łańcucha dostaw i najpierw sprawdzenie, czy jest to dostępne w Polsce, ale – co zaznaczamy – w pełni w zgodności z obowiązującymi regulacjami krajowymi i europejskimi.

Obok kodeksu innym narzędziem wspierającym local content w krajowych inwestycjach ma być przyjęta w marcu br. Polityka zakupowa państwa na lata 2026–2029 oraz KPI, czyli kluczowe wskaźniki efektywności (KPI). Jak wyjaśnia MAP, w spółkach z udziałem Skarbu Państwa rady nadzorcze będą mogły rozliczać zarządy z realizacji tego priorytetu.

Jak podkreślił Wojciech Balczun, idea local content wykracza poza formalne kwestie nadzoru nad spółkami. Jest ona elementem nowego systemu gospodarczego. Celem proponowanych rozwiązań jest systemowe zwiększanie udziału polskich firm w trwającej modernizacji polskiej armii, energetyki, infrastruktury czy cyfryzacji kraju, co ma wzmacniać strategiczną autonomię i bezpieczeństwo gospodarcze Polski, budować konkurencyjność gospodarki i odporność łańcuchów dostaw bazujących na potencjale krajowych przedsiębiorców.

– Dzisiaj polskie firmy mają już bardzo duże kompetencje, są w stanie dostarczyć na rynek produkty i usługi o najwyższej jakości. Chcemy, żeby ten potencjał był wykorzystywany, ale też żeby był budowany. Udział polskich firm w dużych strategicznych inwestycjach spowoduje, że będą one nabywały coraz nowszych kompetencji, coraz lepszych umiejętności, które będą w sposób oczywisty wpływały na poprawę polskiej gospodarki, nasze bezpieczeństwo i budowanie naszej odporności – wskazuje sekretarz stanu w MAP.

Istotne znaczenie dla promocji idei local content będzie mieć pilotażowy projekt Głównego Urzędu Statystycznego dotyczący mierzenia udziału krajowych firm w poszczególnych branżach. Pilotaż rozpocznie się w czerwcu od energetyki, a następnie program ma być rozszerzany na kolejne sektory, m.in. infrastrukturę i zbrojeniówkę. Raz w roku będą publikowane raporty dotyczące krajowego komponentu. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/spolki-skarbu-pastwa,p654047737

Resort rolnictwa chce sprawdzić, czy na rynku wieprzowiny nie ma zmowy cenowej. Niskie ceny nie mają uzasadnienia w sytuacji rynkowej

0

W ubiegłym tygodniu minister rolnictwa Stefan Krajewski skierował pismo do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) w związku z podejrzeniem stosowania nieuczciwych praktyk rynkowych oraz zmowy cenowej na rynku wieprzowiny. Chodzi o ceny skupu żywca wieprzowego, które w opinii resortu są zaniżane, szkodząc tym samym interesom rolników. Resort planuje kolejne rozwiązania, które mają wspierać producentów trzody chlewnej.

– W ostatnich tygodniach zaobserwowaliśmy znaczne spadki cen żywca wieprzowego, które nie mają uzasadnienia w sytuacji rynkowej, kosztach produkcji, w tym, co się dzieje wokół – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Adam Nowak, wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi.

Zgodnie z danymi z biuletynu informacyjnego opracowanego na podstawie danych Zintegrowanego Systemu Rolniczej Informacji Rynkowej (ZSRIR) 17 maja ceny skupu żywca wieprzowego wynosiły 5,13 zł za kg masy żywej, a w klasie poubojowej E – 6,66 zł za kg. Oznacza to, że są o 11–13 proc. niższe niż miesiąc temu (odpowiednio 5,76 zł i 7,68 zł) oraz o 27–28 proc. niższe niż rok temu (7,01 i 9,27 zł).

W liście do UOKiK minister podkreślił, że w kontekście wysokich kosztów pasz, energii, opieki weterynaryjnej oraz rygorystycznych wymogów bioasekuracji związanych z ASF poziomy cenowe znajdują się na granicy lub poniżej progu opłacalności wielu polskich gospodarstw.

– Chcemy, aby Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zweryfikował tę sytuację. Mamy obawy, że rolnicy, którzy są uzależnieni od przetwórców i mają dużo słabszą pozycję wobec nich, mogą być w tym przypadku ofiarą zmowy – podkreśla Adam Nowak.

W piśmie do prezesa UOKiK minister rolnictwa i rozwoju wsi zwrócił uwagę na niebezpieczną asymetrię siły rynkowej. Jak podkreślił, kilka dużych zakładów mięsnych dysponuje znaczną przewagą nad rozproszonymi i słabszymi ekonomicznie hodowcami.

– Biorąc pod uwagę bardzo duże wyzwania i problemy, z którymi boryka się sektor producentów trzody chlewnej, taka sytuacja nie może mieć miejsca – mówi wiceminister rolnictwa. – Chodzi i o tych, którzy produkują w cyklu zamkniętym, mają tucz kontraktowy, jak i tych, którzy mają cykl otwarty, kupują prosięta spoza gospodarstw, są bardzo narażeni na ceny warchlaków, prosiąt, a sprzedają w cenie, która generuje stratę w ich gospodarstwie.

MRiRW oczekuje od UOKiK wnikliwego zbadania relacji na linii producent – przetwórca żywca wieprzowego. Deklaruje też pełną gotowość do współpracy.

– Regulacje dotyczące przewag kontraktowych są obarczone dużymi ograniczeniami ze strony Unii Europejskiej. Natomiast poprzez działania, które Ministerstwo Rolnictwa prowadzi, choćby monitorowanie, zgłaszanie do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, wspieranie producentów w większym stopniu, staramy się wpływać na kierunki zmian rynkowych – podkreśla wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi.

O przewadze kontraktowej mowa wówczas, gdy dochodzi do znaczącej dysproporcji potencjałów ekonomicznych pomiędzy dostawcą a nabywcą produktów rolnych lub spożywczych. Obszar ten jest regulowany ustawą z 2021 roku o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi, która wdrożyła unijną dyrektywę w sprawie nieuczciwych praktyk handlowych w relacjach między przedsiębiorcami w łańcuchu dostaw produktów rolnych i spożywczych.

– Pozycja rynkowa rolników w odniesieniu do przetwórców, podmiotów skupowych, zwłaszcza w momencie nadprodukcji, wciąż jest wyjątkowo słaba. Nie dotyczy to tylko producentów trzody chlewnej, ale też innych gałęzi rolnictwa. Choć widzimy, że role się odwracają w sytuacji, gdy mamy deficyty i niedobory na rynku – wtedy to rolnicy mają silniejszą pozycję – uważa Adam Nowak. – W ramach dialogu ze środowiskiem rolniczym i organizacjami zrzeszającymi poszczególnych przedsiębiorców staramy się tę sytuację rozwiązywać.

Jak podkreśla, w najbliższym czasie resort ma przedstawić program wsparcia dla polskich producentów trzody chlewnej. Na razie gotowa jest jego wersja robocza, która jest konsultowana z przedstawicielami branży.

– Przygotowujemy odpowiednie regulacje, które miałyby wspierać rodzimych producentów trzody chlewnej. Takie wsparcie byłoby kierowane raczej do hodowców, którzy mają maciory, ale również do producentów prosiąt krajowych. Tu widzimy największe potrzeby – zaznacza wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi. – Taki program jest potrzebny, zwłaszcza w kontekście trudnej sytuacji rynkowej związanej z niskimi cenami żywca wieprzowego. To zniechęca rolników do kontynuowania produkcji i jest największym zagrożeniem dla utrzymania bezpieczeństwa żywnościowego w tym wymiarze.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/resort-rolnictwa-chce,p1508505534

PGZ liczy na 100 mld zł z programu SAFE. Trwają negocjacje ok. 30 umów

0

Program SAFE może uruchomić największy od lat strumień finansowania dla polskiego przemysłu zbrojeniowego. Polska Grupa Zbrojeniowa szacuje, że do spółek grupy może trafić nawet ok. 100 mld zł z projektów realizowanych dla Wojska Polskiego. Negocjacje obejmują m.in. bojowe wozy piechoty Borsuk, systemy antydronowe, radary i uzbrojenie dla armii.

– Maj zapowiada się bardzo intensywnie. Zaczynamy maraton związany z prawdopodobnym podpisywaniem umów wykonawczych na realizację zadań, które będą finansowane ze środków SAFE. Mamy około 30 zespołów negocjacyjnych, które w tej chwili wspólnie z zespołami z Agencji Uzbrojenia negocjują poszczególne umowy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Adam Leszkiewicz, prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej, podczas Defence24 Days.

Unijny program pożyczek SAFE ma wartość 150 mld euro i jest jednym z największych mechanizmów finansowania przemysłu obronnego w historii Unii Europejskiej. Polska ma być jego największym beneficjentem – do naszego kraju ma trafić 43,7 mld euro, czyli ok. 180 mld zł. Znaczna część środków trafi do krajowych producentów sprzętu wojskowego, w tym pojazdów bojowych, systemów przeciwlotniczych i radarów.

– Umowa pomiędzy rządem a Komisją Europejską da nam wykonawczą możliwość podpisywania umów projektowych związanych z bardzo konkretnymi zadaniami, produktami i usługami, które będziemy wykonywać. Spieszymy się, bo chcemy zawrzeć te umowy do końca maja, by polski przemysł mógł rozpocząć produkcję zamówionego przez Wojsko Polskie sprzętu – mówi Adam Leszkiewicz. – Program SAFE to 180 mld zł, z tego wiemy, że około 90 proc. środków trafi do polskiego przemysłu. Zakładamy, że co najmniej 50 proc. środków trafi do spółek Polskiej Grupy Zbrojeniowej, dlatego że oferujemy szerokie portfolio produktowe. Część oczywiście trafi później albo równolegle do przemysłu prywatnego, w zależności od poszczególnych produktów.

Zgodnie z założeniami programu SAFE państwa członkowskie będą otrzymywać środki etapowo, wraz z realizacją poszczególnych projektów. W przypadku Polski pierwsza zaliczka może sięgnąć ok. 6,5 mld euro i trafić do kraju jeszcze w maju, po podpisaniu umowy między rządem a Komisją Europejską. Finansowanie ma wspierać zarówno realizację nowych zamówień dla armii, jak i rozwój zdolności produkcyjnych przemysłu obronnego. Program docelowo ma zwiększyć produkcję sprzętu wojskowego w Europie oraz przyspieszyć rozwój technologii związanych m.in. z obroną przeciwlotniczą, systemami antydronowymi i rozpoznaniem.

– Gdyby nie było tych środków, być może niektórych projektów byśmy nie realizowali. Mam na myśli niezwykle istotny projekt SAN, który dotyczy ochrony antydronowej. W ramach projektu pozyskujemy nowe kompetencje. Być może potem, dzięki temu, że zrealizujemy ten program, będziemy mogli oferować produkty związane z ochroną antydronową również na eksport w inne rejony świata – przekonuje prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej.

Wojna w Ukrainie znacząco zwiększyła zainteresowanie systemami antydronowymi, które stały się jednym z podstawowych narzędzi współczesnego pola walki. Według analiz Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI) państwa europejskie coraz większą część wydatków obronnych kierują właśnie na rozwiązania antydronowe, systemy krótkiego zasięgu oraz technologie rozpoznawcze. W ramach programu SAN powstaje m.in. tzw. potwór z Tarnowa, czyli system opracowywany przez Zakłady Mechaniczne Tarnów. Rozwiązanie wykorzystuje wielolufowy karabin maszynowy (typu Gatling) kalibru 12,7 mm przeznaczony do zwalczania dronów.

– Dzięki projektowi SAN i środkom z SAFE uruchamiamy seryjną produkcję „potwora z Tarnowa”. Dotyczy to także innych produktów. Radary Sajna też są dobrym przykładem. Nowe Borsuki i Legwany [wozy zabezpieczenia technicznego – red.] to też produkty, które będą powstawać za te środki. Nie wiemy, jak kształtowałyby się umowy wykonawcze finansowane ze środków wyłącznie budżetowych, w przypadku chociażby liczby nowych Borsuków, gdyby nie środki SAFE – mówi Adam Leszkiewicz.

Borsuk to bojowy wóz piechoty produkowany przez Hutę Stalowa Wola, który ma stopniowo zastępować postsowieckie BWP-1 używane przez Wojsko Polskie. W marcu 2025 roku podpisano pierwszą umowę wykonawczą obejmującą 111 pojazdów w wersji podstawowej. Program jest jednym z największych projektów modernizacyjnych realizowanych obecnie przez polski przemysł zbrojeniowy. Środki z SAFE mogą pozwolić na zwiększenie skali zamówień oraz przyspieszenie produkcji kolejnych pojazdów dla armii.

– Mamy umowę ramową na Borsuki, ale są nam potrzebne umowy wykonawcze. Na razie mamy umowy na 111 sztuk, a dzięki SAFE negocjujemy nowe ilości – ocenia prezes PGZ. – Na stole mamy negocjacje dotyczące około 150 sztuk, zobaczymy, co będzie dalej. To będą warianty podstawowe.

Oprócz zamówień realizowanych na potrzeby Wojska Polskiego coraz większe znaczenie dla krajowego przemysłu zbrojeniowego ma eksport. Tym bardziej że skala globalnych zbrojeń stale rośnie. Według danych SIPRI globalne wydatki wojskowe w 2025 roku osiągnęły rekordowy poziom 2,887 bln dol. To o 2,9 proc. więcej niż rok wcześniej i jednocześnie był to 11. rok wzrostu wydatków. Europa była regionem o najwyższej dynamice – nakłady zwiększyły się realnie o 14 proc. r/r.

– Mówimy o Piorunach jako naszym produkcie eksportowym. Wiele krajów wyraża zainteresowanie w tym zakresie. Mówimy o Baobabie i minach – Baobab jako nowoczesny system narzutowego minowania, który pozwala w krótkim czasie zaminować bardzo duży teren, to coś niezwykle ciekawego. Są pytania o Jelcze i Borsuki, czy to jest towar eksportowalny. Radary, „potwór z Tarnowa”, broń z Łucznika, PCO, czyli noktowizory i sprzęt wyposażenia żołnierza – z tymi elementami będziemy chcieli wychodzić na rynek, ale też widzimy w nich potencjał eksportu – podkreśla Adam Leszkiewicz.

Coraz większe zainteresowanie ze strony partnerów zagranicznych dotyczy również rozwijanych przez polski przemysł systemów sprawdzonych w warunkach bojowych lub odpowiadających na nowe zagrożenia związane m.in. z wojną dronową i ochroną infrastruktury krytycznej.

Unia Europejska od kilku lat promuje rozwój wspólnych programów zbrojeniowych i budowę transgranicznych łańcuchów dostaw, które mają zwiększać konkurencyjność europejskich producentów wobec firm z USA czy Azji.

– Kooperacja z naszymi partnerami jest wartością samą w sobie, ale też rozwija i pozwala budować nowe szanse i potencjał sprzedażowy na nowych rynkach. Mamy kilka przykładów, choćby Rosomaka z wieżą słowacką, oferowaną na rynki Bliskiego Wschodu. Przygotowaliśmy także nasz bojowy wóz piechoty w wersji z wieżą słowacką. Ten wóz zostanie zaprezentowany w połowie maja na targach w Bratysławie, a w czerwcu na targach w Paryżu. Chcemy wyjść z tym produktem na rynki chociażby Bliskiego Wschodu – zapowiada prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej.

Podczas konferencji Defence24Days PGZ zawarła umowę z Ministerstwem Aktywów Państwowych dotyczącą budowy centrum serwisowego silników AGT1500 w Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 1 w Dęblinie.

– Tych umów będzie więcej. Pomimo negocjacji SAFE cały czas pracujemy nad innymi rzeczami – zapewnia Adam Leszkiewicz.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pgz-liczy-na-100-mld-zl-z,p1628612681

Rząd promuje projekt local content. Liczy się nie tylko pochodzenie kapitału

Kolejne lata przyniosą w Polsce inwestycje warte setki miliardów złotych w energetyce, infrastrukturze i cyfryzacji. Włączenie zasad local content do polityki zakupowej państwa ma przynosić długoterminowe korzyści dla gospodarki, samorządów, rynku pracy i lokalnych społeczności. Kryteria oceny „krajowości” przedstawione przez Ministerstwo Aktywów Państwowych mają pozwolić systemowo zwiększać udział komponentu krajowego, ale bez wykluczania firm z kapitałem zagranicznym. Kluczowe będzie nie pochodzenie, ale zakorzenienie firm w gospodarce.

– Narodowość kapitału i firm zawsze ma znaczenie, bo oznacza miejsce, w którym przedsiębiorstwa lokalizują centrum swojej działalności, płacą podatki, kogo zatrudniają i z którym krajem są ostatecznie związane. Nie oznacza to jednak autarkii – Polska pozostaje gospodarką otwartą i w dużej mierze nasz wzrost gospodarczy był napędzany współpracą z kluczowymi partnerami – mówi agencji Newseria Aleksander Siemaszko, dyrektor Departamentu Handlu i Współpracy Międzynarodowej w Ministerstwie Rozwoju i Technologii.

W kwietniu 2026 roku Ministerstwo Aktywów Państwowych (MAP) uruchomiło projekt „Local content. Z korzyścią dla Polski”, który ma zwiększyć udział krajowych firm w realizacji największych inwestycji, zwłaszcza w energetyce, infrastrukturze i cyfryzacji. Resort chce stworzyć ekosystem gospodarczy, który z jednej strony ułatwi małym i średnim krajowym przedsiębiorstwom, często działającym poza dużymi ośrodkami, włączanie się w łańcuchy dostaw dużych koncernów, a z drugiej będzie premiował koncerny faktycznie zaangażowane w rozwój polskiej gospodarki czy kontrybuujące do społeczeństwa.

– Przed nami ogromne inwestycje, głównie w energetyce, mówimy tutaj o elektrowni atomowej, także w infrastrukturze, gospodarce cyfrowej i zbrojeniach. Należałoby więc odpowiedzieć, na ile ten kapitał ma znaczenie, a na ile chcielibyśmy, żeby środki publiczne, które są wydawane w ramach tych dużych projektów, pozostawały w kraju – mówi Dominik Kopiński, starszy doradca w zespole gospodarki światowej w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Ten problem podejmują ostatnio wytyczne, które 9 kwietnia pojawiły się w przestrzeni publicznej odnośnie do przepisów local content.

Przyjęta przez MAP metodologia zakłada, że „krajowość” podmiotów będzie oceniana na podstawie mierzalnych kryteriów, które obejmują m.in. lokalizację działalności, rezydencję podatkową, zatrudnienie oraz skalę operacji prowadzonych w Polsce. 

– Jeżeli spojrzymy na kryteria local content przygotowane przez Ministerstwo Aktywów Państwowych, zauważymy, że to nie jest tylko kwestia pochodzenia kapitału, ale również zatrudnienia pracowników, tego, gdzie jest centrum działalności i jak wyglądają obroty. Bardzo wiele firm zagranicznych w Polsce budowało nasz kapitalizm, dzieliło się swoim know-how i tak naprawdę ma charakter lokalny, więc sporą część kryteriów lokalności będzie spełniać – ocenia Aleksander Siemaszko.

Jak podkreślił minister aktywów państwowych Wojciech Balczun na inauguracji projektu, przyjęte rozwiązania nie mają na celu dyskryminacji, ale promocję – wspierają bowiem nie tylko polskie firmy, ale też firmy międzynarodowe, które są głębiej osadzone w naszym kraju. Oznacza to odejście od formalnych kryteriów narodowości kapitału na rzecz oceny faktycznej obecności firm w gospodarce, m.in. poprzez miejsce prowadzenia działalności, zatrudnienie czy płacone podatki. Takie podejście ma pozwolić na systemowe zwiększanie udziału komponentu krajowego bez wykluczania firm z kapitałem zagranicznym.

– Niektórym się wydaje, że podmiotem krajowym jest polska firma, czyli firma rodzima, która powstała w Polsce, ma rezydencję w Polsce oraz polski kapitał. Tymczasem ustawodawcy planują się raczej skoncentrować na podmiocie krajowym, który ma nieco inną specyfikę niż polska firma z polskim kapitałem – wyjaśnia Dominik Kopiński. – Mamy szereg firm zagranicznych, spółek córek, oddziałów, filii zagranicznych korporacji międzynarodowych, które działają w Polsce już od lat, często od 30–35 lat. Mają polską rezydencję, zatrudniają polski personel, który tu odprowadza podatki, płacą ZUS w kraju i mają lokalne łańcuchy dostaw.

– Sednem nie jest to, żeby firma była odbierana jako krajowa, ważne, żeby była odbierana jako firma, która ma właściwą kontrybucję i w sposób odpowiedzialny działa na terenie danego kraju, sprawiając, że jego społeczeństwo i ekonomia kraju mogą się rozwijać – mówi Przemysław Pokorski, dyrektor zarządzający VELUX Polska i Kraje Bałtyckie, producenta okien dachowych.

Przedstawiciel firmy wziął udział w dyskusji o narodowości biznesu, również w kontekście local content, podczas jednego z paneli na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach.

– Mamy jasne przeświadczenie o tym, w jaki sposób kontrybuujemy w danym kraju. Oczywiście urodziliśmy się w Danii, ale zamieszkaliśmy w Polsce. Od 36 lat jesteśmy w niej obecni i tu budujemy swój biznes. Polska zawsze była, jest i będzie strategicznym wyborem dla nas, jeżeli chodzi o lokalizację. Obecnie to ponad 3 tys. pracowników, pięć fabryk i ponad 16 mln zł podatku CIT w 2024 roku. Jesteśmy bardzo mocno umocowani w Polsce pod względem infrastruktury i inwestycji. W ostatnich czterech latach zrealizowaliśmy inwestycje o wartości 400 mln zł w infrastrukturę fabryk. Bardzo mocno też inwestujemy w naszych pracowników – wylicza Przemysław Pokorski.

Należące do duńskiego Holdingu VKR Grupa VELUX i spółki siostrzane zatrudniają w Polsce ponad 3,3 tys. osób w pięciu zakładach produkcyjnych. W latach 2022–2025 spółka zainwestowała w Polsce niemal 400 mln zł w rozwój fabryk. Fundacja Villum, będąca częścią fundacji VELUX, przeznaczyła ok. 215 mln zł na projekty społeczne i edukacyjne, wspiera także projekty kulturalne.

– Ostatnim przykładem jest ponad 13 mln zł dofinansowania na remont i rozbudowę Muzeum Powstania Warszawskiego. To pokazuje, w jaki sposób firma kontrybuuje do społeczności i gospodarki danego kraju. Znaczenie ma to, jak działamy i jaki mamy wpływ na gospodarkę oraz społeczność, a nie tylko to, skąd pochodzimy – podkreśla Przemysław Pokorski.

Jak podkreśla rząd, rozwiązania dotyczące local content mają zapewnić, żeby jak największa wartość ekonomiczna związana z realizacją dużych inwestycji pozostała w Polsce. Chodzi m.in. o stabilne miejsca pracy i wpływy podatkowe generowane w ramach realizowanych kontraktów. Local content to także rozwój kompetencji technicznych w mniejszych ośrodkach, wzrost zamówień u lokalnych MŚP i silniejsze budżety samorządów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-promuje-projekt,p1358189951

Nierówności na europejskim rynku pracy to zmarnowany potencjał dla gospodarki. Na ich zniwelowanie potrzeba co najmniej pół wieku

0

Równość kobiet i mężczyzn pozostaje bardziej celem niż rzeczywistością w Polsce i Unii Europejskiej, choć i tak na tle świata wypadamy relatywnie dobrze. Kobiety częściej niż mężczyźni są lepiej wykształcone, ale rzadziej awansują, mniej zarabiają i częściej „znikają” z rynku pracy ze względów rodzinnych. Eksperci ostrzegają, że to nie tylko problem społeczny, lecz także realna strata dla innowacyjności i konkurencyjności gospodarki. Wdrażane unijne regulacje dotyczące jawności płac i udziału kobiet we władzach spółek mogą się stać impulsem do zmian.

Z Gender Equality Index 2025, przygotowanego przez EIGE (Europejski Instytut ds. Równości Kobiet i Mężczyzn), wynika, że mimo postępów osiągnięcie pełnej równości płci w Europie zajmie co najmniej 50 lat. Polska pod względem stopnia równości płci plasuje się znacznie poniżej średniej unijnej w obszarze władzy (politycznej, ekonomicznej i społecznej).

– Nadal mamy do czynienia z nierównościami ze względu na płeć. Ważne, żeby podkreślić, że te nierówności występują zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet. W przypadku mężczyzn rozmawiamy często o m.in. nierównościach w edukacji, u kobiet zaś najczęściej o rynku pracy. Dlatego też w Konfederacji Lewiatan podejmujemy temat aktywności zawodowej kobiet i tego, że ich potencjał nie jest w pełni wykorzystywany – ocenia Alicja Wejdner-Cichy, ekonomistka, ekspertka ds. DEI w Konfederacji Lewiatan, w rozmowie z agencją Newseria przeprowadzonej podczas Europejskiego Forum Nowych Idei, które odbyło się w kwietniu w Warszawie.

Z ekspertyzy wykonanej w ramach realizowanego przez Konfederację Lewiatan projektu „Wzmocnienie dialogu społecznego w Polsce – model inicjowania dialogu społecznego przez stronę pracodawców” wynika, że zatrudnienie kobiet w relacji do mężczyzn wyraźnie spada w dwóch okresach: reprodukcyjnym (20–39 lat) oraz emerytalnym (60–64 lat). Hipoteza, że rodzicielstwo oddala Polki od rynku pracy, znajduje potwierdzenie we współczynnikach zatrudnienia. W grupie 25–54 lata luka w zatrudnieniu kobiet i mężczyzn wśród osób bezdzietnych jest minimalna i wynosi 1,5 pp. Rośnie natomiast wraz z liczbą dzieci: przy jednym sięga 13,9 pp., przy trójce – 34,3 pp. (na niekorzyść pań).

– Nie wykorzystując w pełni potencjału kobiet, odczuwamy negatywne skutki w kontekście innowacyjności i konkurencyjności gospodarki. Ten potencjał jest obecny, bo mówimy o kobietach, które częściej niż mężczyźni są lepiej wykształcone, mają wysokie kompetencje, więc niejako tracimy ten talent – ocenia Alicja Wejdner-Cichy.

Poważnym problemem kobiet na rynku pracy wciąż są nierówności płacowe. Z raportu przygotowanego przez Stowarzyszenie Kongres Kobiet wynika, że 67 proc. ankietowanych pań uznaje, że w Polsce na tych samych stanowiskach i z tymi samymi obowiązkami kobiety zarabiają mniej od mężczyzn. Taką odpowiedź wskazało natomiast zaledwie 39 proc. mężczyzn. Różnica w percepcji problemów związanych z równością płci może być przeszkodą we wdrażaniu projektów równościowych. Rozwiązania mające poprawić sytuację planuje Unia Europejska.

– Będziemy wdrażać dwie dyrektywy. Pierwsza dotyczy równowagi płci w spółkach giełdowych, a druga – transparentności i równości wynagrodzeń. Jest to impuls do zmiany i rozpoczęcia dyskusji o tym, że nierówności w wynagrodzeniach występują. To 15–18 proc. skorygowanej luki płacowej. Patrząc na największe spółki giełdowe, widzimy, że udział kobiet w zarządach jest bardzo niski, bo wynosi około 14 proc. Jesteśmy nadal na etapie dyskusji o tym, co możemy zrobić. Jeszcze nie doszliśmy do tego punktu, w którym mamy równość w społeczeństwie – mówi ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Chodzi o dyrektywę Women on Boards, która na spółki giełdowe (zatrudniające co najmniej 250 osób, osiągające obrót powyżej 50 mln euro lub sumę bilansową powyżej 43 mln euro) nałożyła obowiązek osiągnięcia do 30 czerwca 2026 roku jednego z dwóch celów. Pierwszym jest 40-proc. udział kobiet wśród dyrektorów niewykonawczych (czyli w radach nadzorczych), a drugim – 33-proc. udział kobiet we wszystkich stanowiskach zarządczych (zarówno wykonawczych, czyli w zarządach, jak i niewykonawczych). Z badania Fundacji Liderek Biznesu „Kobiety we władzach spółek giełdowych w Polsce. Gdzie jesteśmy po 10 latach?” wynika, że w 2024 kobiety stanowiły 13,6 proc. członków zarządów i 18,7 proc. członków rad nadzorczych. Ponad 60 proc. spółek nie miało ani jednej kobiety w zarządzie.

Druga ze wspomnianych regulacji wprowadza nowe obowiązki w zakresie transparentności zasad zarządzania wynagrodzeniami. Jawne mają być informacje o średnich wynagrodzeniach w poszczególnych kategoriach pracowników, a także kryteria ustalania wynagrodzeń i ich progresji. Dyrektywa przewiduje obowiązek raportowania różnic płacowych pomiędzy kobietami i mężczyznami. Termin jej wdrożenia przypada na 7 czerwca br.

– Wszystko wskazuje na to, że te terminy będą przesuwane i jeszcze chwilę na to poczekamy. Firmy dopiero zaczynają się przygotowywać do tych działań. Nadal pojawia się wiele punktów, które mogą być problematyczne i stanowią ciężar dla pracodawców. Potrzebujemy tu mądrych regulacji, ale nie ma co ukrywać, że te zmiany będą czasochłonne – ocenia Alicja Wejdner-Cichy.

Z badania przeprowadzonego wśród firm w ramach Obserwatorium DEI w Konfederacji Lewiatan wynika, że prawie połowa ankietowanych uważa, że raportowanie luki płacowej pomoże ograniczyć dyskryminację. Podobny odsetek ocenia, że nie wpłynie to na sytuację kobiet na rynku pracy. Najczęściej wskazywane obawy związane z ujawnianiem wynagrodzeń dotyczą możliwych napięć i konfliktów w zespole (62,3 proc.), presji płacowej (39,3 proc.) i podkupywania pracowników przez konkurencję (35,3 proc.).

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nierownosci-na,p1924901827

Lamele elewacyjne czy deska elewacyjna – co wybrać do nowoczesnej elewacji domu?

0

Jeśli zależy Ci na nowoczesnym rytmie i pionowych podziałach, wybierz lamele; jeśli chcesz spokojniejszy efekt naturalnej deski, lepsza będzie deska elewacyjna. W praktyce wybór zależy nie tylko od estetyki, ale też od sposobu montażu, trwałości i przeznaczenia budynku. Jako doradcy i praktycy widzimy, że decyzja powinna uwzględniać zarówno design, jak i parametry użytkowe.

Lamele elewacyjne czy deska elewacyjna – szybka odpowiedź i porównanie

Tabela porównawcza: lamele vs deska elewacyjna

Cecha Lamele elewacyjne zewnętrzne Deska elewacyjna
Efekt wizualny Nowoczesny, pionowy rytm Naturalny, spokojny
Montaż Systemowy, szybki Bardziej tradycyjny
Odporność Wysoka (kompozyty, PVC) Zależna od materiału
Konserwacja Minimalna Często wymaga impregnacji
Zastosowanie Domy nowoczesne, biura Domy klasyczne i nowoczesne
Cena Średnia – wyższa Szeroki zakres

Krótki wniosek

  • Lamele elewacyjne zewnętrzne → wybierz do nowoczesnych projektów
  • Deska elewacyjna na ocieplenie → wybierz dla naturalnego efektu

Jakie są różnice wizualne między lamelami a deską elewacyjną?

Lamele – nowoczesna elewacja domu

Lamele tworzą wyraźny rytm pionowych linii, który:

  • optycznie podwyższa budynek
  • nadaje minimalistyczny charakter
  • świetnie komponuje się z betonem, szkłem i stalą

To rozwiązanie często stosowane w nowoczesnym budownictwie energooszczędnym, gdzie liczy się prostota i geometria.

Deska elewacyjna – imitacja drewna i naturalność

Deska elewacyjna daje:

  • efekt elewacji imitującej drewno
  • cieplejszy, bardziej klasyczny wygląd
  • większą uniwersalność stylistyczną

Deska elewacyjna elastyczna dodatkowo pozwala na montaż na nieregularnych powierzchniach, co jest dużą przewagą przy modernizacjach.

Jak różni się montaż lameli i deski elewacyjnej?

System montażu lameli

Lamele montuje się zazwyczaj:

  • na ruszcie aluminiowym lub drewnianym
  • jako gotowe systemy panelowe
  • z zachowaniem szczelin dylatacyjnych

Zalety:

  • szybki montaż
  • powtarzalność efektu
  • mniejsze ryzyko błędów wykonawczych

Montaż deski elewacyjnej

Deska wymaga:

  • dokładnego poziomowania
  • odpowiedniej wentylacji elewacji
  • zabezpieczenia (szczególnie drewna)

W praktyce:
Deska elewacyjna na ocieplenie wymaga większej precyzji, zwłaszcza przy systemach ETICS.

Które rozwiązanie jest trwalsze i tańsze w eksploatacji?

Trwałość materiałów

  • Lamele (kompozyt/PVC):
    • odporność na UV i wilgoć
    • brak konieczności malowania
  • Deska drewniana:
    • naturalna, ale wymaga impregnacji
    • podatna na warunki atmosferyczne

Koszty eksploatacji

Podobnie jak w przypadku systemów ogrzewania domu (np. kotły grzewcze na paliwa stałe vs pompy ciepła), kluczowa jest efektywność energetyczna i koszty utrzymania.

  • Lamele → niższe koszty w długim okresie
  • Deska → wyższe koszty konserwacji

Kiedy wybrać lamele, a kiedy deskę elewacyjną?

Lamele sprawdzą się gdy:

  • projekt jest nowoczesny
  • chcesz uzyskać efekt premium
  • zależy Ci na niskiej konserwacji

Deska elewacyjna będzie lepsza gdy:

  • dom ma klasyczny charakter
  • zależy Ci na naturalnym wyglądzie
  • budżet jest ograniczony

Dom vs obiekt komercyjny

  • Dom jednorodzinny → częściej deska
  • Biuro / hotel → częściej lamele

Jakie są najczęstsze błędy przy wyborze elewacji?

Błędy estetyczne

  • niedopasowanie do stylu budynku
  • mieszanie zbyt wielu materiałów

Błędy techniczne

  • brak wentylacji elewacji
  • nieodpowiedni montaż na ociepleniu

Błędy ekonomiczne

  • ignorowanie kosztów eksploatacji
  • wybór najtańszego rozwiązania bez analizy trwałości

Zalety i wady obu rozwiązań

Lamele elewacyjne – zalety

  • nowoczesny design
  • łatwa konserwacja
  • trwałość

Lamele – wady

  • wyższa cena początkowa
  • mniej naturalny wygląd

Deska elewacyjna – zalety

  • naturalny efekt
  • szeroki wybór materiałów
  • niższy koszt startowy

Deska – wady

  • konieczność konserwacji
  • mniejsza trwałość (dla drewna)

Cytaty eksperckie (E-E-A-T)

„Systemy elewacyjne powinny być dobierane nie tylko pod kątem estetyki, ale przede wszystkim trwałości i odporności na warunki atmosferyczne.”
— ekspert branży budowlanej, raport techniczny 2024

„Materiały kompozytowe w elewacjach zyskują popularność ze względu na niskie koszty eksploatacji i stabilność wymiarową.”
— producent systemów elewacyjnych

„Podobnie jak w systemach ogrzewania domu, inwestorzy coraz częściej analizują całkowity koszt użytkowania, a nie tylko cenę zakupu.”
— analityk rynku budowlanego

Częste pytania (FAQ)

  • Czy lamele elewacyjne są trwałe?

Tak, szczególnie modele kompozytowe są odporne na wilgoć i UV.

  • Czy deska elewacyjna wymaga konserwacji?

Tak, zwłaszcza drewno trzeba regularnie impregnować.

  • Co jest tańsze: lamele czy deska?

Deska zwykle jest tańsza na start, ale droższa w utrzymaniu.

Czy można montować deskę na ociepleniu?

Tak, ale wymaga to odpowiedniego systemu montażowego.

Czy lamele pasują do każdego domu?

Najlepiej sprawdzają się w nowoczesnej architekturze.

Czy imitacja drewna wygląda naturalnie?

Nowoczesne materiały bardzo dobrze odwzorowują strukturę drewna.

Które rozwiązanie wybrać: lamele elewacyjne czy deska elewacyjna?

Wybór między lamele elewacyjne czy deska elewacyjna zależy od Twojego celu: estetyki, budżetu i czasu, jaki chcesz poświęcić na konserwację. Jeśli stawiasz na nowoczesność i wygodę – lamele będą lepsze. Jeśli cenisz naturalność i klasykę – wybierz deskę. Najlepszą decyzją jest obejrzenie próbek i dopasowanie systemu do projektu domu oraz warunków eksploatacji.

 

GUS chce policzyć udział krajowych firm w wielkich inwestycjach. Pilotaż rusza w czerwcu w energetyce

Local content, czyli udział krajowych firm, pracy i kosztów w dużych inwestycjach, ma w Polsce przestać być wyłącznie politycznym hasłem. Główny Urząd Statystyczny pracuje nad metodyką, która pozwoli mierzyć, jaka część wartości strategicznych projektów rzeczywiście zostaje w krajowej gospodarce.

– Od kilku miesięcy pracujemy nad metodyką pomiaru local content – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Cierpiał-Wolan, prezes Głównego Urzędu Statystycznego. – Wypracowanie efektywnej metodyki pomiaru nie jest łatwe, dlatego że musimy połączyć dwa aspekty. Jeden aspekt związany jest z klasyczną sprawozdawczością, czyli będziemy pytać zarówno zamawiającego, jak i wykonawcy i podwykonawców o pewne koszty i ponoszone wydatki związane z inwestycją: na wynagrodzenia, towary, materiały i usługi. Planujemy także wykorzystać na przykład dane z JPK, z eFaktur, jeśli ten system już wejdzie w sposób efektywny do polskiej gospodarki, żeby zapewnić precyzję informacji.

Krajowy System e-Faktur właśnie przechodzi etapowe wdrażanie: od 1 kwietnia 2026 roku obejmuje przedsiębiorców, których sprzedaż w 2024 roku nie przekroczyła 200 mln zł, a najmniejsi podatnicy o bardzo niskiej miesięcznej sprzedaży mają wejść do systemu od 1 stycznia 2027 roku. To oznacza, że administracyjne źródła danych mogą w kolejnych kwartałach stać się dla statystyki publicznej realnym wsparciem przy precyzyjniejszym badaniu local content.

Problem polega jednak na tym, że w Europie nie ma prostego, gotowego wzorca. GUS zaczął od przeglądu rozwiązań stosowanych za granicą, ale szybko się okazało, że przeniesienie ich na grunt unijny nie jest łatwe.

W Unii Europejskiej zamówienia publiczne opierają się na zasadach równego traktowania, przejrzystości i niedyskryminacji wykonawców. Dyrektywy unijne obejmują zarówno klasyczne zamówienia publiczne, jak i zamówienia w sektorach takich jak energetyka. Oznacza to, że państwo nie może po prostu wpisać do przetargu prostego wymogu „kupuj krajowe”, tak jak się to robi w części systemu amerykańskiego.

– Zaczynamy od energetyki. Jest to sektor wybrany przez Ministerstwo Aktywów Państwowych ze względu na to, że jest ważny, strategiczny, ale także ze względu na to, że firmy, które są zainteresowane i zostały zaproszone przez ministerstwo, Agencję Rozwoju Przemysłu i GUS do konsultacji tej metodyki pomiaru, pochodzą z sektora energetycznego – wyjaśnia Marek Cierpiał-Wolan.

Wybór energetyki ma też mocne uzasadnienie gospodarcze. Rząd w dokumentach strategicznych wprost wskazuje sektor energii jako dźwignię rozwoju gospodarki i obszar wykorzystania krajowego potencjału technologicznego, przemysłowego i kadrowego.

– W ciągu 30 dni zamawiający będzie miał obowiązek przesłać informacje na temat wybranych podwykonawców. Wykonawca i podwykonawcy na poszczególnych poziomach też będą musieli przesyłać sprawozdania do GUS-u odpowiednio 30 dni po uzyskaniu informacji od wyższego podwykonawcy. Chcemy w czerwcu uruchomić pilotaż, jak najszybciej go skończyć oraz przygotować systemy metodologiczne i informatyczne do tego, żeby można już było zacząć produkcję – mówi prezes GUS.

Local content to istotny aspekt w projekcie budowy pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Jak niedawno informował Marek Woszczyk, prezes spółki Polskie Elektrownie Jądrowe, z krajowymi firmami zawarto już ponad 400 kontraktów na szacowaną łączną wartość ponad 1 mld zł. Wiele z nich to przedsiębiorstwa z Pomorza, gdzie powstanie elektrownia. Zdaniem prezesa udział local contentu przy budowie pierwszej instalacji jądrowej w Polsce może wynieść nawet 50 proc.

Rządowa zasada „Local First” jest wdrażana także w projekcie offshore. Jak wyjaśniają eksperci Baker Tilly TPA oraz CEE Energy w raporcie „Wpływ ekonomiczny budowy morskich farm wiatrowych w Polsce”, local content – dziś wynoszący ok. 20 proc. – wzrośnie docelowo do około 40 proc. wraz z budową krajowych kompetencji, rozwojem łańcuchów dostaw oraz rozbudową niezbędnej infrastruktury przemysłowej. Około 500 polskich przedsiębiorstw posiada dziś potencjał produkcyjny i usługowy dla tego sektora. Autorzy raportu podkreślają, że zasada wiodąca jest jasna: środki publiczne inwestowane w infrastrukturę energetyczną powinny wzmacniać potencjał krajowy, budować zrównoważone łańcuchy dostaw i przyczyniać się do długoterminowej konkurencyjności, a nie wypływać z kraju bez wygenerowania wartości dodanej dla polskiej gospodarki. W celu wdrożenia tego podejścia w MAP powstał międzyresortowy Zespół ds. local content.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/gus-chce-policzyc-udzial,p945084487

Europejskie AGD traci udziały w rynku. Branża ostrzega przed utratą konkurencyjności

Na rynku Unii Europejskiej rośnie udział urządzeń dużego AGD produkowanych w krajach trzecich. Stanowią one już około 44 proc. wszystkich sprzętów dostępnych na półkach w krajach członkowskich. Przedstawiciele europejskiej branży ostrzegają przed groźbą utraty konkurencyjności i apelują do instytucji UE o stworzenie planu dla przemysłu AGD. Chcą m.in. niższych cen energii, spójnych przepisów czy zachęt do inwestycji w robotyzację.

Jak wynika z „Raportu rynku AGD 2025/2026” przygotowanego przez Związek Pracodawców AGD – APPLiA Polska, 39 proc. unijnej produkcji AGD w Unii Europejskiej pochodzi z Polski. W kategoriach takich jaki zmywarki, pralki czy suszarki krajowe zakłady mają ponad 50-proc. udział. Polska zwiększa swój udział pomimo spadku produkcji krajowej, ale wynika to z malejącej produkcji w całej Unii.

– Polska jest głównym producentem sprzętu AGD w Unii Europejskiej. Bardzo nas to cieszy, ale to nie znaczy, że nie mamy problemów. Udziały polskiej produkcji i sprzedaży na rynek europejski maleją. Wprawdzie nieznacznie, bo bronimy się w dość efektywny sposób, ale są takie czynniki międzynarodowe, które utrudniają nam pracę – mówi agencji Newseria Wojciech Konecki, prezes Związku Pracodawców AGD – APPLiA Polska.

W całej Unii Europejskiej branża AGD zatrudnia 1 mln osób i generuje 44 mld euro przychodu w europejskich łańcuchach dostaw. Tylko w Polsce w 2025 roku pracowało w niej pośrednio lub bezpośrednio 100 tys. osób. Zamknięcie kilku fabryk spowodowało jednak wyraźny spadek liczby zatrudnionych.

– Branża AGD jest dość istotna dla gospodarki. W porównaniu do naszych siostrzanych branż wyprzedza nas tylko branża meblarska. Jesteśmy więksi niż wszystkie inne, może za wyjątkiem produkcji części samochodowych. Mamy 30 fabryk – podkreśla Wojciech Konecki.

W 2025 roku wartość sprzedana produkcji w sektorze AGD wyniosła 25,5 mld zł. To o 5 proc. mniej rok do roku. Dla porównania branża meblowa wygenerowała 49 mld zł, okienna – 23 mld zł, a telewizorów – 17 mld zł.

– Bardzo nas boli to, że tylko w zeszłym roku zostało zamkniętych pięć fabryk w naszej branży. Mówię też o koleżankach i kolegach z innych branż, więc to jest dość niepokojący sygnał. Pewne działania muszą nastąpić natychmiast, bo za parę lat może już nas po prostu nie być. Chociaż jako AGD przeszliśmy różne koleje losu i potrafimy się bronić, a nawet atakować – dodaje ekspert.

Raport APPLiA wskazuje na poważne wyzwanie, jakim jest konkurencja producentów spoza Unii Europejskiej. W 2024 roku produkcja UE zaspokajała 56 proc. całej sprzedaży unijnej dużego AGD, podczas gdy rok wcześniej było to 59 proc. W niektórych kategoriach sprzętów udział produkcji unijnej stanowi już mniej niż połowę. W ujęciu ilościowym największym dostawcą dużego AGD do UE są Chiny (43 proc. w 2025 roku). Import z tego kraju (w sztukach) jest o 90 proc. wyższy niż przed pandemią.

– Na pewno musimy dbać o łańcuchy dostaw i podaż siły roboczej. Musimy apelować o lepszą legislację na poziomie Unii Europejskiej, ale także w polskim parlamencie. Wiadomo, że do produkcji potrzebny jest kapitał, praca, ale też technologie. My jako Polska pod względem robotyzacji i cyfryzacji nie jesteśmy pionierem i potrzebujemy wsparcia. Potrzebujemy go również w kontekście konkurencyjności naszej produkcji w porównaniu do importowanych wyrobów. Chodzi nam o zapewnienie równych szans – zaznacza prezes Związku Pracodawców AGD – APPLiA Polska.

Z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Wsparcie procesu robotyzacji w Polsce. Rekomendacje” z maja 2025 roku wynika, że w unijnym sektorze przetwórstwa przemysłowego w 2023 roku zainstalowanych było 55 888 robotów przemysłowych, w Polsce – 2203. Daje to 61 robotów przypadających na 10 tys. zatrudnionych w naszym sektorze przetwórstwa przemysłowego.

– Przemysł AGD nie jest wyspą. Wiadomo, że jesteśmy w całym spektrum branż przemysłów konsumenckich, które mają podobne problemy. Szczególnie w Polsce energia używana do produkcji jest jedną z najdroższych, o ile nie najdroższą na rynku europejskim. Bez pomocy w tej kwestii prawdopodobnie nie utrzymamy naszej pozycji – uważa Wojciech Konecki. – Są takie regulacje, które nas bardzo mocno dotykają, chociażby CBAM czy regulacje dotyczące stali, gdzie zmniejszane są kontyngenty i podwyższane jest cło. To pomaga producentom stali w Europie, ale nie pomaga jej odbiorcom, bo ona jest w dużej mierze importowana. Tak że jest szereg czynników makroekonomicznych, które w dłuższym okresie wpływają na konkurencyjność naszej branży.

CBAM to mechanizm wyrównywania cen na granicach w zakresie emisji dwutlenku węgla. Dotyczy surowców i półproduktów, których produkcja w krajach spoza UE powoduje najsilniejsze emisje gazów cieplarnianych do atmosfery, w tym stali, cementu, aluminium, a nawet energii elektrycznej. CBAM obowiązuje w pełni od 1 stycznia 2026 roku importerów unijnych, którzy w określonych przypadkach będą musieli nabywać certyfikaty od organów krajowych.

– Większość surowców potrzebnych do naszej produkcji jest obłożona tym cłem środowiskowym, ekologicznym, a już gotowe produkty, które wjeżdżają na rynek europejski, nie są. Chodzi nam o zapewnienie równych szans dla producentów europejskich i zagranicznych – zaznacza ekspert. – Tuning regulacji jest bardzo potrzebny szczególnie tam, gdzie mówimy o konkurencyjności i podstawach naszej działalności.

W lutym br. Związek Pracodawców AGD – APPLiA Polska zaapelował o przygotowanie unijnego planu działania dla branży AGD. Trzy filary, które według autorów raportu powinny zostać w nim zawarte, to zapewnienie konkurencyjnych warunków produkcji (przystępna cenowo energia, zapewnienie równych szans i stałego dostępu do surowców), zwiększenie przewidywalności i spójności unijnego prawa, wspieranie innowacji oraz inwestycje w cyfryzację, sztuczną inteligencję, zrównoważone projektowanie oraz kompetencje, aby utrzymać produkcję oraz wysokiej jakości miejsca pracy w Unii Europejskiej.

Zrównoważone projektowanie i inne elementy związane ze zmniejszaniem wpływu na środowisko to w ostatnich latach istotny element działalności branży. Tego obszaru dotyczy szereg unijnych przepisów.

– Zarówno Unia Europejska, Komisja Europejska, jak i polscy prawodawcy starają się, aby sprzęt był coraz przyjaźniejszy dla użytkowników. Stworzone zostały odpowiednie bazy danych, w których konsumenci mogą sprawdzić poszczególne wyroby. Wprowadzono tak zwane prawo do naprawy. Będzie ona jeszcze bardziej ułatwiona, ponieważ ekoprojektowanie poszczególnych produktów będzie na wyższym szczeblu – wyjaśnia Wojciech Konecki.

Dla producentów oznacza to obowiązek udostępniania dokumentacji technicznej serwisom i zapewnianie dostępności części zamiennych nawet do 10 lat po zakończeniu produkcji danego modelu.

Wprowadzony zostanie również cyfrowy paszport produktu, który będzie zawierał istotne informacje wspierające zrównoważony rozwój produktów, promujące ich obieg zamknięty i wzmacniające zgodność z przepisami prawa. Nie zostały one jeszcze sprecyzowane przez Komisję Europejską, jednak w grę mogą wchodzić: parametry techniczne produktu, materiały i ich pochodzenie, działania naprawcze, możliwości recyklingu czy też wpływ na środowisko w cyklu życia.

– Chodzi o to, żeby uszczelnić rynek, walczyć z szarą strefą i produktami, które są nielegalnie wprowadzane do Polski, ale też żeby ułatwić konsumentom możliwość wyboru pomiędzy poszczególnymi graczami, markami i produktami. W paszporcie produktu zobaczymy wszystkie dane, które nie zawsze widzimy w porównywarkach cenowych. Nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, że niektórzy konsumenci chcą dużo więcej wiedzieć o produkcie czy producencie, o jego strategii rozwoju i dlatego szukają nowych źródeł wiedzy. Ten kierunek zmian w Unii Europejskiej popieramy – mówi prezes Związku Pracodawców AGD – APPLiA Polska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/europejskie-agd-traci,p200372102